piątek, 31 sierpnia 2018

Kompletnie zbędne przemyślenia z wakacji.

Ostatnio mam duży problem z pisaniem. To znaczy z jednej strony nie tylko muszę, ale i chcę o pewnych książkach tutaj napisać, ale z drugiej męczy mnie już ciągły schemat własnych wpisów. Mam wrażenie, że jak człowiek piszę cały czas w ten sam sposób, to może nawet recenzować bajki dla dzieci obok ,,Kamasutry”, a i tak będzie przekonany, że cały czas piszę identyczne frazesy. Dlatego dzisiaj luzuje trochę majty i piszę o wakacjach, dzieciach w koszulkach Messiego i rodzicach, którzy ewidentnie tych dzieci nie cierpią. 


Z moich niezbyt głębokich obserwacji wynika, że kurorty nadmorskie to takie ciekawe miejsca, gdzie pozornie można znaleźć wszystko  biżuterie z bursztynami, gumowe klapki i całą masę innych bibelotów, które z morzem nie mają nic wspólnego, a co najlepsze masę ludzi uwielbia się pośród takich straganów pałętać. Nie będę nawet szukać dalekich przykładów, bo między innymi mój szanowny ojciec mógłby mieć zarezerwowany cały osobny dzień na łażenie między stoiskami. Teraz trochę się z tego podśmiewam, ale jeszcze kilka lat temu sama mogłabym trenować slalomy między straganami. Moje zamiłowanie straganami prysnęło jednak, kiedy zauważyłam, że te same przedmioty sprzedawane są nad morzem, w górach i w Krakowie. 

Teraz do moich zarzutów mogę jeszcze dodać fakt, że na żadnym stoisku nie znalazłam słuchawek. Byłam w stanie nawet kupić coś badziewnego, co za kilka dni się rozwali, bo tak bardzo przypomniało mi się, że lubię ,,Bloodline” od Netflixa. Ostatecznie słuchawki zostały zakupione, ale w sklepie elektronicznym i trzysta kilometrów od morza. Także wielkie dzięki stragany. Można na was polegać. 


Trzymając się jeszcze tematu straganów, cały czas zadziwia mnie, jak bardzo napędzającym biznes wydarzeniem jest Mundial, który niby się zakończył, ale dalej można dorwać lilipuci strój Szczęsnego albo kieszonkową koszulkę z nazwiskiem ,,Lewandowski” na barkach. Nie wspominając już o szale na Ronaldo czy Messiego. Choć to szał już doskonale znany i długoletni. 

PS. Spróbujcie tylko powiedzieć, że Lewandowski w rozmiarze 120 cm to nie uroczy widok...


Większość utożsamia letnie wyjazdy jako czas leżakowania i picia drinków z fikuśną słomką. Jeśli wolicie więcej adrenaliny, a mniej zjaranych pleców to ja polecam rower! Nic tak nie przyśpiesza bicia serca, jak myślenie nad tym, czy inny rowerzysta postanowi się nagle przed tobą zatrzymać, czy nie.

Jeżdżąc rowerem wszyscy też się głowią jak jeździć na drogach rowerowych i jak one właściwie działają; ta różnica w kolorze kostek jest po to, żeby odróżnić stronę lewą od prawej, czy może chodzi o to, że rowery mają jeździć po brązowej stronie, a ludzie chodzić po szarej? Tego właściwie nikt nie wie. Tak samo jak nikt do końca nie jest przekonany, jak poruszać się wśród ludzi jednośladem.

Terra incognita.


Bałtyk jest właściwie mocno frapujący już od pierwszych chwil, a nawet przed-chwil. Przecież wybierając się nad morze nigdy do końca nie wiadomo, czy trzeba brać puchową kurtkę i płaszcz, czy może sam polar wystarczy. Nie wiadomo czy szykować się na gorąco, duchotę i spaloną skórę, czy będzie pochmurno i deszczowo, a najlepszą atrakcją zamiast pływania i łapania meduz okażą się planszówki w szlafroku wraz z ciepłymi kapciami. 


Na takich wyjazdach człowiek nabiera też przekonania, że rodzice uwielbiają straszyć swoje pociechy małymi wnękami w zamkach, a czasami nawet narzędziami tortur z średniowiecza, co jest skrajnie niepokojące.

,,Tam zamykali małe dzieci jak były niegrzeczne.”

,,Może ciebie też zamkniemy?”


Niektórzy rodzice, z nieznanych nikomu przyczyn, uważają, że jedyną powinnością dziecka nad morzem jest kąpiel w wodzie. Nieważne, że woda ma 15°C, fale przewracają nawet dorosłych, a dziecko po prostu chciałoby trochę poleżeć na ręczniku. Masz się kąpać i koniec kropka.

Więcej złotych myśli znad Bałtyku nie wyniosłam, ale na koniec podzielę się zdjęciem Messiego. Bo tak. 

1

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

,,Kosmiczne dziewczyny”, których z jakiegoś powodu nie zna cały świat, a (może) powinien! / ,,Kosmiczne dziewczyny” Libby Jackson

Książki opowiadające o dokonaniach kobiet w dziedzinach, które wcześniej były kulturowo przypisane mężczyznom, w ostatnim czasie zapełniły regały księgarń, dlatego dziś ze spokojem mogę wymienić przynajmniej piętnaście tytułów, które wpisują się w nurt literatury, pokazującej, że inteligencja nie jest przypisana płci, a Maria Skłodowska-Curie nie jest jedyną uczoną z ciekawą biografią i dokonaniami. 

Tytuł ,,Kosmiczne dziewczyny”, opowiadający o ponad pięćdziesięciu osobach płci żeńskiej, które zajmują się tematyką astronautyki, idealnie wpisuje się w listę książek z tym przyjemnym przesłaniem, że bycie kobietą nie deprecjonuje cię jako naukowca, ani też nie każe tracić kulturowo rozumianej kobiecości; tutaj szczególnie mocno zapadła mi w pamięć historia Jacqueline Cochran – Amerykanka robiła  karierę lotniczą, jednocześnie prowadząc swoją firmę kosmetyczną (notabene bardzo podziwiam to, że Cochran mając dwie pasje z całkiem innego spektrumpotrafiła tak je połączyć, by jedna promowała drugą). Uwielbiam też historię z jej udziałem, która głosi, że pilotka po każdym lądowaniu poświęcała chwilę, by zrobić sobie makijaż; ta anegdota udowadnia, wyświechtany frazes, że dbanie o wygląd nie zawsze równa się próżności, a z kolei umalowane blondynki nie są głupie i nieporadne. Mocno subiektywnie muszę przyznać, że autorzy wszelakich książek biograficznych zawsze punktują u mnie umieszczaniem smaczków w swoich pozycjach; czasami – jak w przypadku wspomnianej Jacqueline Cochran – można w tych ciekawostkach doszukiwać się ładnego zaprzeczenia stereotypom, a innym razem umieszczone fragmenty są czysto rozrywkowe.

Mnie tu urzekł nader humorystyczny fragment, mówiący o szwaczkach, szyjących skafandry kosmiczne, które po dobrze wykonanej pracy, dostały liścik od dowódcy Apollo 13 mówiący o tym, iż lider dziękuje za ich trud, bo bardzo nie chciałby sobie porwać portek na Księżycu. Taka lekka, spuszczająca nieco patosu wstawka, gdzieś tam mocno tkwi mi w serduszku i trochę ubolewam, że anegdot nie było więcej, bo choć autorka często zwraca uwagę, jak bohaterki były traktowane przez współpracowników, co o nich mówiono i jak z nimi współdziałano, to nie ma tu zbyt wiele miejsca na luźne historyjki i choć chciałabym tego więcej, to całkowicie rozumiem, z czego wynika skondensowana forma książki, która skupia się na tym, by przekazać jak najwięcej informacji, jednocześnie nie przekraczając jednej strony teksu. Momentami chcąc trzymać się, wcześniej ustalonej konwencji, nie możesz skupiać się na aspektach pobocznych, dlatego np. podczas prezentowania postaci Nichelle Nichols podkreślone jest, że aktorka jest legendą kina sci-fi, lecz jednocześnie Star Trek jest tylko  punktem wyjścia, bo głównym tematem musi być praca z NASA, a o płytach czy powieściach zwyczajnie milczymy.


,,Kosmiczne dziewczyny”mają ten plus, że są pozbawione ciężkiego ładunku emocjonalnego; jest to – moim zdaniem – spowodowane dwoma czynnikami. Po pierwsze, ta książka nie emanuje wszechobecnym poczuciem niesprawiedliwości, powiązanym z dyskryminacją płciową bądź rasową. Często potarzane jest, że bohaterki zrobiły coś niecodziennego dla swoich czasów, bo wyłamały się z niewygodnych oraz krzywdzących ram patriarchatu i przetarły drogę kolejnym pokoleniom, jednak mimo poczucia, że te osoby musiały się starać podwójnie, to te historie są najczęściej spięte nagrodą, czyli zwycięstwem. To daje poczucie, że mimo trudno było warto. Tylko raz pojawia się historia, w której bohaterka nie odniosła sukcesu i na koniec zaszyła się w amazońskiej dżungli.

 Po drugie nie ma tu mowy o osobistych dramatach, które bohaterki musiały przecierpieć, aby dostać się tam, gdzie chciały. Dla porównania w komiksie – o kobietach z różnych kręgów zawodowych – ,,Tupeciary” umieszczono piętnaście historii bohaterek o różnym kalibrze emocjonalnym i o odmiennych przeżyciach, dlatego w pewnym momencie rejestry emocjonalne zgrzytają. Przyjemna, optymistyczna historia o greckiej ginekolożce, która przebierała się za mężczyznę, by móc przyjmować porody, zostaje zestawiona z historią, w której kobieta jest katowana przez męża i gwałcona. W ,,Kosmicznych dziewczynach” brak takich zgrzytów, bo też nie ma tu mowy o tak drastycznych wydarzeniach. Co prawda niektóre historie pokazują, że zawód astronauty może skończyć się śmiercią, aczkolwiek te przypadki pasują do siebie tonacyjnie i nie wywierają dyskomfortu, na zasadzie dopiero co się śmiałam, a teraz czytam o takich okropieństwach. To co też jest ciekawe w tej książce to fakt, że nie jest ona adresowana do nikogo konkretnego. Może ją przeczytać osoba w każdym wieku, każdej płci, rasy czy orientacji. Tym bardziej że już od momentu czytania przedmowy można wynieść takie umacniające słowa pt. nie ważne czym się różnicie, ani co robicie, róbcie to z pasją. 


,,Kosmiczne dziewczyny” zapunktowały też u mnie tym, że pokazywały różne typy kobiet – zarówno te, dla których nauka była wszystkim, jak i te, które na boku robiły też inne biznesy. Poza tym w tej książce opisano nie tylko naukowczynie, zajmujące się budową statków kosmicznych, lataniem czy obliczaniem, gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi funkcjami znalazło się miejsce dla szwaczek, nauczycielek, żon astronautów... Partnerki sławnych w Ameryce astronautów były zresztą ciekawym spojrzeniem na to, jak wiele jest w stanie dać drugiemu człowiekowi wsparcie, zaufanie i troska. Jednocześnie sytuacje tamtych kobiet łatwo przyrównać do współczesnej roli żon prezydentów, aktorów czy piosenkarzy – często im się dostaje za to, że tylko tam są, a wielka presja społeczna spada na nie znienacka, choć same nie pchały się w światła jupiterów. Mówiąc o roli mężczyzn w tej książce, należy przyznać, że jest znikoma, co nie oznacza, że osiągnięcia panów nagle zostają zakwestionowane i umniejszone; autorka nie zapomina o płci przeciwnej i mimo narzuconego tematu, wplata w kobiecą narrację przełomowe dzieła Newtona i Kopernika, a raczej pamięć o nich.

Jeśli już kręcimy się w tematach serduszkowych, czyli tego, co lubię to totalnie uwiodła mnie grafika! Każda bohaterka ma swoją własną ilustrację wykonaną przez studenta London College of Communication i – mówiąc nieprofesjonalnie – grafiki są przekozackie. Mnóstwo różnych stylów, trochę zabawy formą, kolorami... Jest to tak śliczne, że jeśli kiedykolwiek pojawi się album z pracami tych studentów, to kupuje w ciemno. To co jest znamienne dla wielu książek, poruszających tematykę naukową, to fakt, iż autorzy zdają się tam nie bardzo lubić czytelnika i rzadko przedstawiają coś za pomocą infografik, pogrubień, czy wyróżnień. Tutaj te zabiegi zastosowano; na górze wyszczególniono podstawowe informacje (imię, nazwisko, zawód, narodowość, czas życia), natomiast poniżej pogrubionymi, zielonymi literami napisano, co dana osoba odniosła. Prócz tego zawsze zapisany jest jakiś cytat i ilustracja. Jedyna rzecz graficzna, którą bym zmieniła to oś czasu; na początku – jeszcze w przedmowie – autorka prezentuje linię czasu od wieku XVI do XXI, przedstawiającą, jak wyglądała eksploracja kosmosu. Cały wykres umieszczony jest na czterech stronach, ale układ zaburzony jest przez tekst, dlatego wygląda to tak, że na lewej stronie jest kawałek wykresu, na prawej tekst ciągły. Gdyby to ode mnie zależało, postawiłabym na zgrabny alonż (inaczej przedłużkę, choć ja definiuje to jako rozwijaną wkładkę). Jest to jednak kosmetyczna uszczypliwość podyktowana własnymi preferencjami, a nie poważny zarzut wydawniczy. 


Inny ciekawy aspekt to fakt, że przy jednej z bohaterek udało się zwrócić uwagę na pewne zjawisko, które aktualnie dotyka wiele kobiet sukcesu, czyli wywiady opierające się na pytaniach o makijaż, sukienki i (czasami) małżeństwo oraz potomstwo. Znacie, chyba, ten schemat, że kobiety na różnych uroczystościach, zaskakująco często, pytane są o to, jakiego projektanta są ich sukienki lub dlaczego włożyły garnitur. I o ile takie pytania są całkowicie uzasadnione, jeśli gwiazda jest na choćby imprezie modowej to w innych przypadkach, po trosze jest to dla mnie leniwe dziennikarstwo, a po trosze nieprzyjemna maniera, że jak kobieta na salonach to pytajmy ją tylko o wygląd, ewentualnie zadajmy najbardziej wścibskie pytanie o to, kiedy będzie miała gromadkę dzieciaków.

Porównując ,,Kosmiczne dziewczyny do książek o tej samej tematyce, które mam (,,Tupeciary” i ,,Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”) mogę spokojnie przyznać, że pozycja Libby Jackson świetnie balansuje pomiędzy kolumną tekstu (gdzie informacji jest więcej, ale są trudniejsze w odbiorze) a formą komiksową (gdzie sprawa ma się na odwrót). ,,Kosmiczne dziewczyny” przedstawiają sylwetki najważniejszych kobiet w dziedzinie astronautyki i robią w to sposób lekki oraz uniwersalny, dzięki czemu jest to tytuł bez jednej, konkretnej grupy docelowej. Z drugiej strony chciałam też uprzedzić, że nie do końca jest to pozycja dla ludzi, którzy – brzydko mówiąc – siedzą w temacie, bo informacje o bohaterkach są zminiaturyzowane, przez co nie ma tu zbyt wielu smaczków – autorka bardziej skupia się na najważniejszych wydarzeniach, więc jeśli jesteście pewni, że znacie wszystkie najważniejsze kobiety w tej odnodze nauki i teraz szukacie tylko pozycji, które sprzedadzą wam kilka ciekawostek to ,,Kosmiczne dziewczyny” nie są dla was, jednak jeśli dotąd nie interesował was ten temat ani trochę (jak mnie) lub chcecie usystematyzować swoją wiedzę i  pooglądać świetne prace angielskich studentów to będzie to pozycja idealna.

Wskazówki wydedukowane z myślą o łowcach potworów.
Tytuł: ,,Kosmiczne dziewczyny’’
Tytuł oryginalny: „A Galaxy of Her Own: Amazing Stories of Women in Space”
Autorka: Libby Jackson
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Tłumacz: Ewa Borówka
Liczba stron: 145

Recenzja powstała przy współpracy z Business&Culture, jednak wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.

3

piątek, 13 lipca 2018

Zmęczona Polska w książce Krystiana Nowaka pt. ,,Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie”

Mundial się kończy, więc można pomału wracać do życia... 
Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie to książka, o której z jednej strony chciałabym napisać sporo (bo ma kilka osobliwych elementów, zasługujących na opisanie), lecz z drugiej strony najchętniej zapomniałabym o tej powieści od razu po jej przeczytaniu. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Krystian Nowak to jednocześnie główny bohater książki oraz jej autor, dlatego dla ułatwienia przyjmijmy, że za każdym razem pisząc Krystian, mam na myśli bohatera, natomiast używając nazwiska, będę odnosić się do autora książki.

Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie to powieś na wskroś współczesna – wszyscy oznaczają się na fejsie, płacą lajkami, w wolnych chwilach pijają sojowe latte i przeglądają fotki na instagramie. Czym wyróżnia się Krystian na tle innych? Gada z kotami. I jest pisarzem. Zresztą nie byle jakim! W końcu udzielił wywiadu jakiejś-tam gazecie. 


Mój główny problem z tą książką jest taki, że właściwie jest o niczym. Na stronie Polskiego Radia sam autor mówi o fabule powieści w ten sposób:
Stworzyłem motyw przewodni, który przewija się przez kolejne strony, ale w większości jest to zbiór przypadków z życia.
No i ten przypadek, a także absurdalność (autor bardzo często porusza się w sferze surrealizmu) mocno widać. Dostajemy tu sceny z kotami (czasami czworonogi fascynują się żwirkiem w kuwecie, innym razem demolują kuchnię, jednak najczęściej rzygają i pragną szynki), urywki tego, jak bohater próbuje w końcu napisać, choć jedną stronę własnej powieści, a czasami dzieją się rzeczy niezwykłe jak np. to, że Krystian spotkał jednego dnia dwóch pisarzy  – Josepha Hellera oraz Philipa Rotha (co ważne, pierwszy pan umarł w 1999 r., drugi w 2018). Żeby było ciekawiej, nie było to spotkanie, o tym, jak dwóch pisarzy poszukuje weny, albo jak fan z fascynacją wypytuje mistrza o tajniki pracy. Zamiast tych wszystkich konwenansów Joseph Heller (autor Paragrafu 22) z furią wymalowaną na twarzy, rozkazuję wejść Krystianowi do śmietnika, krzycząc, że pisarz jest tym, co napisze, a jak czytelnik wie, Krystian nie napisał nic (oprócz ogłoszeń samochodowych).

Tak więc w tym momencie zbiega się kilka największych wad tej powieści; z jednej strony nicość (niby krążymy wokół tematu nudnej Polski, pisarstwa i weny, ale w sumie nic z tego nie wynika), absurdalności (która niektórych może bawić – mnie ani trochę) oraz wulgarności, gdyż książka jest w bardzo niesmaczny sposób nią przepełniona. Świetnym przykładem jest reakcja głównego bohatera, kiedy dowiaduje się, ile ma zapłacić za pół kilo jarmużu:
Wolny rynek moja dupa. Tak ci chuj w dupie działa, jędzo stara, wyzyskiwaczko pieprzona. Jak mam się skupić na pracy twórczo-artystycznej, skoro warunki panujące w tym kraju zmuszają mnie do płacenia dwudziestu pięciu jebanych złotych za pół kilo jarmużu? 
Można bronić autora, mówiąc, że przecież niektórzy mają właśnie takie słownictwo i tak wyrażają zdenerwowanie. I prawdopodobnie właśnie tak jest, ale takie pretensjonalne teksty, pełne biadolenia o tym, że komuś jest podwójnie źle tylko dlatego, że jest w Polsce, a nie w innym kraju to coś, co ani trochę mnie nie zachęca. Dodatkowo istnieje tu mocny podział na lewaków (sam bohater za takowego się uważa) i tych, którzy wszędzie szukają spisku przeciw narodowi;
Zna się pan na literaturze żydowskiej i najwyraźniej jest jej miłośnikiem, a to już zakrawa na zdradę Świętej Rzeczpospolitej Katolickiej. 
Poza tym sceny z życia, o których możemy przeczytać to często przejawy czystego niewychowania; przykład, Krystian wchodzi do Starbucksa i wydziera się na baristę no bo jak to w Starbucksie nie ma alkoholu?!. Nawet biorąc poprawkę na to, że cała ta książka jest mocno surrealistyczna, to definitywnie nie jestem odbiorcą, który z chęcią poczyta sobie o chamstwie, nieprowadzącym donikąd.

Minus kotów jest taki, że ich monologi są zapisane wielkimi literami, a do tego z błędami, co na dłuższą metę męczy. 

Zabiegiem osobliwym (dla niektórych również niedorzecznym) jest dodawanie w przypisach linków do różnych filmików tudzież stron. Ja jako człek leniwy ani razu nie weszłam w żaden taki odnośnik (głównie przez to, że ostatnio większość czasu czytam na dworze i nie biorę ze sobą telefonu) – w każdym razie melduje, że można i tak (nawet na tym nie stracicie).  Na fejsbuku widziałam też głosy krytyki pt. kto dał prawo diagnozować Nowakowi całe społeczeństwo?! i szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego niektórych tak oburzył tytuł książki.  Tytuł ma przede wszystkim zaciekawić treścią, skłonić do tego, aby na chwile przestać scrollować tablicę na fejsie i zobaczyć, o co chodzi. Ten to robił. 

Z rzeczy, które mi się podobają, muszę pochwalić oprawę graficzną – twarda okładka z ślicznym obrazkiem i przyjemna czcionka. Pod tym względem nie mam nic do zarzucenia. Zmierzając ku końcowi muszę przyznać, że opis zapowiadał mi książkę o fejsie, o szastaniu lajkami, instagramie i smacznym latte, tymczasem, choć wszystkie te elementy są w książce zawarte, to główna oś fabuły skupia się na tym, że żyje sobie pisarz, który z racji tego, że jest pisarzem, musi napisać książkę, ale w ogóle mu to nie wychodzi. Zdecydowanie nie jestem dobrą glebą pod takie ziarno; dla mnie była to powieść nudna, o niczym i choć chciała wyśmiać pewne przywary i pokazać absurdy polskiego społeczeństwa (przynajmniej takie odniosłam wrażenie) to zrobiła to w sposób bardzo ciężkostrawny  – nie było zabawnie, ani ciekawie... 


Wskazówki wydedukowane z myślą o łowcach potworów. 
Tytuł: Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie
Autorka: Krystian Nowak 
Wydawnictwo: Flow Books 
Liczba stron: 290

Recenzja powstała przy współpracy z Wydawnictwem Flow Books, jednak wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.
3

niedziela, 24 czerwca 2018

Archanioły, wampiry i Bóg, czyli walka o władze w fantastycznym wydaniu – ,,Siostry Półkrwi’’ Elżbieta Seredyńska

Nigdy nie pałałam jakimś szczególnie ciepłym uczuciem do Wydawnictwa AlterNatywnego, bo też ich publikacje nie wydawały mi się szczególnie dobre. OrgazmokalipsaPamiętnik lesbijki czy Córka pedofila to tylko kilka przykładów książek, które prócz kontrowersyjnych tytułów, zdawały się niewiele wnosić do ogólnej dyskusji o problemach, jakie przedstawiały. Dałam się jednak złapać na ich najnowszą lekturę, czyli na Siostry półkrwi, które obiecywały mi mało oryginalny, lecz bardzo lubiany przeze mnie wątek – mianowicie polityczną batalię między dwoma ugrupowaniami, dworskie intrygi oraz dziwną zależność dwóch bliźniaczek, które uwikłane w brutalną wojnę, są zmuszone stanąć naprzeciw siebie, po odrębnych stronach barykady*. Skutek niestety okazał się dość mierny.

*Żeby było jasne – lubię spiski i walki. Bliźniaczki nie są konieczne.


Pierwszy aspekt, od którego jako wzrokowiec muszę zacząć, to wydanie książki. Okładka Sióstr Półkrwi jest przeciętna (w stronę złej) – czcionka jest mało czytelna, wszystkiego jest trochę za dużo, a główne bohaterki równie dobrze mogłyby wskoczyć na chwilę do jakiegoś starego komiksu, gdzie twórcy dumnie eksponują wszystkim paniom biusty. Co więcej, strój jednej z sióstr na okładce jest o tyle chybiony, że bohaterka wbrew seksistowskim zasadom przeciwstawia się patriarchatowi i zgodnie z swoją wolą, nosi skórzane spodnie i zbroje niczym Joanna d'Arc, i dokładnie takie same reakcję spotykają  bohaterkę jak w ówczesnych czasach Joannę. Tak więc okładka pozbawia postać pewnej cechy charakterystycznej, idąc przy tym w stereotyp i kicz, lecz mimo tych wad nie czuję się jakby ten design poraził moje zmysły estetyczne – właściwie to większy problem miałam z wnętrzem, gdyż tam na każdej stronie widnieje tytuł i autor. Nie wiem, dlaczego i nie wiem po co (czyżby ktoś się bał, że czytelnik w trakcie zapomni, co czyta?). Mnie to trochę raziło (szczególnie na początku), ale później już się przyzwyczaiłam, choć przyznam, że tak osobliwe miejsce na umieszczenie tytułu pozycji, bardzo mocno kojarzył mi się z tanimi wydaniami lektur, dołączanymi do gazet w kioskach. Dla niektórych będzie to kosmetyczne odstępstwo, a dla innych zakryje o przestępstwo. Czas jednak omówić treść, bo to o nią głównie chodzi.


Cała fabuła jest prosta – mamy dwa skłócone ze sobą królestwa, które próbują się nawzajem obalić. Problem w tym, że nie do końca rozumiem, jaka jest ich motywacja, ani ilu uczestników bierze udział w zabawie. Sprawa wygląda tak, że po jednej stronie jest królestwo lodu i tym samym wampirów (do niego należy Aisza – jedna z bliźniaczek), po drugiej znajduje się królestwo aniołów oraz ognia (tutaj mieszka druga siostra, Sonia). Sęk w tym, że trudno mi było zrozumieć pobudki którejkolwiek ze stron. Autorka na początku zarysowuje konflikt tragiczny pomiędzy siostrami, pokazując, że tak naprawdę cały spór jest z góry zaplanowany (nikt nie zna zakończenia, ale same negatywne emocje sióstr są odgórnie narzucone), a wszystko to na zasadzie jakiegoś zakładu, którego szczegółów nikt nie przybliża. Kiedy więc czytam o tym, jak dwie siostry, czują do siebie ogromną pogardę i obydwie od 300-lat próbują się wzajemnie zabić, to w mojej głowie powstaje bardzo przejrzysty obraz rodzeństwa, które nie żywi do siebie żadnych pozytywnych uczuć. Byłam więc wielce zaskoczona, gdy (na początku książki, więc nie będzie to spoiler) Sonia, która przez kilka akapitów mówi o swojej odrazie w stosunku do wampirów oraz nienawiści do siostry w momencie, kiedy naprawdę może zabić Aiszę, ma klapki na oczach i dopada ją coś, co ja określam syndromem złoczyńców Marvela, czyli zamiast zabić wroga, zaczyna mówić poetyckim językiem, jak długo na to czekała bądź z uśmiechem na ustach mówi, jak będzie katować swą ofiarę. Okropnie głupie zagranie, przez które musiałam się zastanowić, po co właściwie była ta rozprawka o zawiści do Aiszy (refleksja na temat satanistycznego uśmieszku siostry przewijała się przez dziesięć stron!). 

Słaba motywacja to właściwie główna ułomność bohaterów. Nie wiem, dlaczego Aisza chcę zadać cierpienie Sonii i zmusić ją do samobójstwa. Jedynie domyślam się argumentów, które stoją za chęcią zabicia Aiszy przez Sonię. Dopowiadam sobie, dlaczego na początku książki Morfeusz (stworzyciel aniołów) oraz Mara (stworzycielka wampirów) zawierają pakt, który ma pokazać, które ''dzieci'' są lepsze, a już całkowicie zagadkowe jest dla mnie, z jakich powodów wampiry chcą królestwa aniołów i na odwrót. Można by było odpowiedzieć, że dla terytorium i samego faktu posiadania władzy. Sęk w tym, że słońce w dystrykcie aniołów świeci tak mocno, że wampiry nie chciałyby tam mieszkać (część by nawet nie mogła), a aniołowie nie znieśliby chłodu z wampirzego dystryktu. Trudno mi znaleźć pobudki dla większości zachowań, choć jednocześnie muszę przyznać, że może to być zarzut tymczasowy. Dlaczego? Ponieważ Siostry półkrwi to jedynie część pewnego cyklu. Niewykluczone więc, że autorka w kolejnych częściach dokładniej przedstawi bodźce, które kierują bohaterami, przez co pewne zachowania z tego tomu, okażą się w świetle nowych informacji całkiem sensowne.

Bohaterowie są też niekonsekwentni; na początku powieści Sonia mówi, że wampiry – wszystkie bez wyjątku – są nasieniem diabła i trzeba je zrównać z ziemią, po czym kilkadziesiąt stron później prowadzi wewnętrzny monolog, rozczulając się nad armią wampirzych dzieci. Nielogiczne są również pewne zabiegi fabularne, np. często powtarzane jest, że siostry są sobie równe mocą, ale później okazuje się, że tylko jedna może grzebać drugiej w umyśle. Nie do końca też rozumiem, jak działa tutaj mrożenie anioła poprzez dotyk wampira, ponieważ podczas jednego incydentu Sonia raz była zamrażana w ten sposób, a później już nie. 

Wszystko jest tu też dużą generalizacją, uproszczeniem i szablonem. Z ust jednego bohatera padają słowa, że zdrowy mężczyzna to tylko heteroseksualny (jest to o tyle ironiczne, że  mówi to wampir, a w tej powieści wszystkie wampiry uprawiają orgie z kim popadnie), kobiety nie mogą przeklinać, walczyć i muszą nosić spódnice. Poza tym, czy nienawidzenie wampirów tylko dlatego, że są wampirami nie zakrywa o rasizm? Jakby się tak zastanowić to społeczeństwo w tej książce mocno przypomina mi te XIX-wieczne zarówno pod względem mentalności, jak i zachowań – wysoko ceni się kurtuazję, kobiety są spychane na margines, homoseksualizm jest źle widziany, wszędzie widać mocno obecny podział klasowy, dalej istnieje przyzwolenie na ocenianie istoty poprzez rasę oraz niewolnictwo. Sama Aisza przypomina mi bohaterkę współczesnych seriali kostiumowych, które opowiadają o czasach rewolucji przemysłowej, bo po pierwsze jest to mocno wyemancypowana kobieta, a po drugie jest to postać, która choć żyje w określonym środowisku i czasie, to ma niecodziennie dzisiejsze poglądy. Dlatego na przestrzeni całej książki poznajemy wiele wampirów degeneratów, lubiących orgię, ale tylko jednego, który by się tego brzydził.


Stosownie byłoby powiedzieć, że bohaterowie to pięta achillesowa tej pozycji, gdyż mało jest postaci, które rozumiemy, nie mówiąc już nawet o darzeniu sympatią. Sonia jest bohaterką spod znaku, jak mi smutno to się złoszczę, co jest cudowną kliszą większości stereotypowych męskich postaci. Jakby tego było mało, Sonia to również bohaterka, której niezależność od męskich postaci podkreśla się na każdym kroku. Moja ulubiona wstawka przypominająca czytelnikowi, jak samodzielna jest anielica, brzmi mniej-więcej tak: nie da się ukryć, jestem anielicą. Jej siostra, Aisza, poprzez zasadę kontrastu wypada nieco lepiej – głównie dzięki retrospekcjom, które budują szczegółowy obraz tej postaci. Lepiej nie znaczy jednak dobrze. Tak jak w przypadku Sonii podkreślane jest, iż anielica stanowi samodzielny oraz wyzwolony byt, tak w przypadku Aiszy często można przeczytać, jak to wampirzyca jest nieobliczalna i szalona, choć podczas całej lektury nie było choćby jednego momentu, który faktycznie wskazywałby na tę niepoczytalność postaci.

Książka nasuwa pewne skojarzenia z słynną Grą o tron, lecz nie myślcie, że to jakaś polska odpowiedź na tę krwawą sagę. Asocjacja jest mało wyszukana, gdyż polega na podobieństwie nazw; u Martina cała seria nazwana jest Pieśnią Lodu i Ognia, u Seredyńskiej Waśń Ognia i Lodu to tylko podtytuł wstępu. Od razu zaznaczę, że mimo sporej pokrewności nazw, nie zarzucam autorce złośliwej inspiracji, bowiem ogień i lód to faktycznie integralne części fabuły Sióstr Półkrwi. Poza tym, gdyby ktoś chciał ogłosić autorkę Martinem w spódnicy to z pewnością podtytuł zmieniłby się w główny tytuł, aby przyciągnąć potencjalnych fanów.

Prócz bliskich tytułów są jeszcze dwie cechy łączące te powieści. Po pierwsze w Siostrach półkrwi jest sporo nagości. Niby nikt nie mówi o penisach i macicach (raz tylko wspominano o klejnotach, ale tylko po to, by podkreślić, że nasza anielica ich nie ma, bo jak sama wspomina nie da się ukryć, JEST anielicą). Druga analogia to coś znamiennego dla większości książek z królestwami, bowiem każdy dwór musi mieć swojego Littlefingera, czyli postać, która mąci, ma władze i nie do końca wiadomo, po której jest stronie. Tutaj takim bohaterem jest Brutus (to takie niezbyt delikatne nawiązanie do historii, w razie gdyby ktoś się zastanawiał czy jest zdrajcą). Brutus jest wampirem – do tego homoseksualnym, co autorka przekazuje w bardzo łopatologiczny sposób. Istotną dla mnie kwestią jest to, iż Brutus stanowi jedyną postać, którą lubiłam i jednocześnie jedyną, która nie miała żadnego celu w tej historii.


Jeśli jeszcze mówimy o tych przebrzydłych wampirach, które w książce stanowią gniazdo rozpusty, chciałabym rozszyfrować, dlaczego w tej powieści wszystko, co tyczy się krwiopijców, jest powiązane z seksem (notabene często niesmacznym i zwyczajnie zbędnym). Najsilniejszy wampir w królestwie musi mieć kochanice i zabawiać się z nią w łaźni, kokieteryjność jego żony jest ukazana jako supermoc (serio), a jeden z wampirów ginie w pokoju przeznaczonym do orgii. Nie wspominając nawet o tym, jak jeden z mężczyzn wykupuje niewolnice, wypije jej krew, a ona, mimo iż przerażona chcę z nim pójść na koniec świata i uprawiać seks. Dodatkowo wśród aniołów istnieją niezbyt klarowne zasady moralności, gdyż stary facet ma brudne myśli o małej dziewczynce, której dopiero niedawno urósł biust i wszystko związku z tą sytuacją wydaje się może trochę nieadekwatne (bo mężczyźnie właśnie umarła żona), ale całkiem przyzwoite – notabene opis tej sytuacji brzmi jak Wattpadowe fantazję. Przykłady:
Piersi Sonii zdają się poruszać jeszcze szybciej, tak szybko, jakby za chwilę miały rozerwać mocny, ciasno związany gorset [...].
Nathaniel nie może oderwać wzroku od jej gorsetu, mimo że wie, jak niebezpieczne myśli przychodzą mu do głowy, gdy na niego patrzy. 
Nie ma świadomości, że schylając się, niby przygładzając ciężki materiał spódnicy, piętrzący się wokół jej wąskiej talii, tylko potęguje jego chorobliwe silne pożądanie.  Uwydatnia pełne piersi, które już i tak krzyczą o uwagę, poruszając się tak nerwowo, jakby ktoś ich właśnie dotykał. 
Co ważne te cytaty pochodzą jedynie z trzech następujących po sobie akapitów (gdyby ktoś chciał sprawdzić –  strona 187 i 188).

Można się jeszcze zastanawiać jakie inne stworzenia towarzyszą wampirom i aniołom. Śpieszę z odpowiedzią, bo tak naprawdę nie ma tego wiele, a nawet jeśli coś się pojawia to potencjał tych wątków jest raczej spychany gdzieś w kąt. Niemniej jednak w  Siostrach Półkrwi świat składa się z:
• wampirów, które – o ironio! – mogą umrzeć w wyniku utraty krwi bądź spalania,
• aniołów – o których właściwie nie wiadomo zbyt wiele,
• Upadłych – którzy są anioło-wampirami,
• ludzi,
• wilkołaków,
• Boga – przynajmniej prawdopodobnie, bo ta kwestia nie została jeszcze rozwiązana.

Na koniec jeszcze chcę chwilę porozwozić się nad dynamizmem powieści. W książce bez wątpienia dużo się dzieje – są intrygi, zdrady, domysły – lecz mimo to trudno o zaskoczenie. Na początku myślałam, że to wina tego, iż w książce dzieję się za dużo, bo jak mówił Chaplin Dobre jest obrzucanie się ciastkami z kremem, ale jeśli film tylko na tym polega, szybko staje się monotonny. Później jednak doszłam do wniosku, że nawet jeśli dzieję się sporo, to dobry literat jest w stanie położyć nacisk w takich miejscach, że czytelnik nie czuję się znużony akcją (tutaj za przykład może posłużyć Gra o tron). Problem Sióstr Półkrwi leży raczej w opisach oraz wewnętrznych rozważaniach, bo jest coś w tej narracji, co opisuje cały tok wydarzeń trochę z boku, przez co czuć lekki dystans w stosunku do wydarzeń. Największej jednak winy doszukuje się w bohaterach, którymi ani trochę się nie przejmowałam, nie utożsamiałam się z nimi, ani tym bardziej nie zżyłam. Tak oziębłe uczucia z pewnością sprawiły, że litry krwi, kolejne morderstwa oraz akty brutalności nie robiły na mnie większego wrażenia.

Zmierzając do końca, muszę przyznać, że miałam ochotę odłożyć tę książkę już po dwudziestu stronach. Przemogłam się i im dalej w las tym zaczęło być lepiej, mimo wszystko nie polecę tej książki i zapewne nie sięgnę po kolejny tom. Zasadniczo dziwię się, że autorka zdecydowała się zrobić z tego serię, gdyż jeden obszerny tom zostawiłby mnie prawdopodobnie z poczuciem zamkniętej historii i przypuszczalnie cieplejszymi odczuciami. Natomiast dwustu-stronicowy wstęp do historii nie zaciekawił na tyle, bym kiedykolwiek jeszcze chciała sięgnąć po kolejne części. Nie napiszę, że to książka katastrofalna, bo wbrew wszystkim minusom miała swoje momenty, całkiem ciekawy (choć nie innowacyjny) pomysł na świat, a autorka czasami dbała nawet o takie szczegóły jak specjalistyczne słownictwo znane tylko temu wymiarowi (coś jak mugole w Potterze) czy zmiana słynnych powiedzonek (to tak jak mówić o mój Thorze zamiast Boże itp.).  W tym wypadku minusy jednak przeważają nad plusami, a szkoda, bo zapowiadało się nieźle...


Wskazówki wydedukowane z myślą o łowcach potworów.
Tytuł: Siostry Półkrwi
Autorka: Elżbieta Seredyńska
Wydawnictwo: AlterNatywne
Liczba stron: 200


Recenzja powstała przy współpracy z Wydawnictwem AlterNatywne, jednak wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.
7

wtorek, 8 maja 2018

Czteromiesięczny book haul, czyli co schomikowałam przez zimę.

Od dwóch tygodni zbieram się do zrobienia zbiorczego book haulu (raz nawet wytachałam w tym celu miskę pełną książek), ale ostatecznie albo zdjęcia wyszły mi okropne, albo padało, albo po prostu nie chciało mi się ruszyć tyłka. Tym razem zmobilizowałam siły i wyszło szydło z worka; oto efekty czteromiesięcznego szastania kasą (spoiler: jak na cztery miesiące wcale nie ma tego tak dużo). 

,,Głód’’ i ,,Dom’’, czyli nieregularniki reporterskie z wydawnictwa Non/fiction. Nieregularnik w rzeczywistości stał się kwartalnikiem i to jedynym, którego śledzę z taką pieczołowitość. Pomysł na te czasopisma jest taki: jeden numer = jeden temat omówiony z różnych perspektyw – są więc ciekawe reportaże, felietony, recenzję książek, wywiady, fotoreportaże oraz sporo ciekawych grafik (w tym infografik). To co szczególnie mnie uwiodło (prócz rozmaitości form) to wykonanie – spójna szata graficzna, zdjęcia, plansze na początku każdego numeru z ''zasadami'', jakimi kierują się założycielki przy tworzeniu kolejnych numerów oraz przedstawianie współtwórców w każdym numerze (bo są to często bardzo różne osoby). Dziewczyny wymyśliły, że czytelnik będzie mógł poznać osoby tworzące, poprzez trzy krótkie pytania, które zmieniają się co numer, lecz zawsze jest jedno pytanie o książki, notabene po tych jedno (czasami dwu) zdaniowych wypowiedziach zawsze zapisuje sobie jakieś tytuły. Mówiąc w skrócie idealna rzecz dla wzrokowców, lubiących literaturę faktu albo po prostu ludzi, którzy chcieliby zacząć trochę podczytywać coś z tych klimatów. 

Jeśli chodzi jeszcze o tematy to: pierwszy mówi o głodzie (i jest cudowny), drugi o domach i bezdomności (jest cudowny trochę mniej), trzeci natomiast podejmuje się tematu pracy (czeka na zakup), a czwarty z tego co wiadomo będzie o zwierzętach (i jeszcze nie wyszedł z drukarni). 


Tutaj polecam jeszcze wystąpienie Karoliny i Doroty na TED:


Swego czasu kupiłam też zachęcona opinią Kasi ,,More happy than not. Bardziej szczęśliwy niż nie’’ i nie wiem czy też tak macie, ale u mnie bardzo często sprawa wygląda tak, że książki które chcę przeczytać jak najszybciej, kupuje błyskawicznie, ale później przez długi czas nie mogę się za nie zabrać. Tak samo jest i tym razem, dlatego póki co książka Adama Slivera wciąż czeka na swoją kolej.

Upgrade: przeczytałam i - kurczaki - to było dobre. Do połowy sympatyczna, życiowa młodzieżówka o ważnych tematach, a później jeszcze lepsza młodzieżówka z zaskakującymi twistami. Jeżeli lubicie niekonwencjonalne książki dla młodzieży (choć nie tylko) to śmiało zamawiajcie. 


Przytarmosiłam też ,,Romea i Julię’’, co w pewnym wieku po prostu trzeba zrobić, ale niestety odbiłam się od książki boleśnie, mimo iż posiadałam i posiadam te piękne wydanie z Kolorowej Klasyki, które jest chyba mokrym snem każdej sroki okładkowej. Ilustracje śliczne, oprawa cudna, ale ,,Hamlet’’ był pięć razy lepszy.


Ostatnio miałam sporą fazę na czytanie (albo bardziej kupowanie) reportaży czy mówiąc ogólniej książek niefabularyzowanych, tak też znalazły się u mnie takie pozycję jak: ,,Eksperyment’’, ,,Liga (nie) złych mam’’, ,,Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość’’, ,,Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo’’, ,,Sukces w 10 słowach’’ oraz ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’. Część pozycji jest wynikiem współprac i już ma swoje recenzję, druga część pozycji być może nigdy nie będzie miała swoich recenzji; nie zobaczycie u mnie np. wpisu o ,,Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo’’, dlatego chciałabym szybko napisać kilka ciepłych słów o tej książce, bo jest bardzo dobra.

Autor przede wszystkim pozwala wczuć się w tamtejszy klimat, co ogromnie mi się podobało. Poza tym wielką zaletą jest fakt, iż problem opisany jest z kilku perspektyw – opisywane jest przeludnienie, wyzysk, bieda, śmiertelne katastrofy... Książka nie tylko ujawnia wady przemysłu odzieżowego, ale także pokazuje, że podejmowane przez różnorakie organizacje środki wcale nie pomagają, bo co z tego, że wolontariusze przyczynią się do tego, iż dzieci nie będą pracować, skoro nikt nie zapewni im alternatywy, a brak możliwości zarobku nie tylko nie poprawi sytuacji tego dziecka, ale również ją pogorszy. Jedyną rzeczą, którą mogą niektórzy uznać za minus jest fakt, iż Marek (autor) nie podaję żadnego rozwiązania, nie mówi co poprawiłoby sytuację w tym kraju, przez co zostajemy trochę z taką niedokończoną historią. Więcej pisać nie będę, żeby już nie przynudzać, ale naprawdę pozycja warta przeczytania (nawet jeśli to nie jest wasz gatunek).

Co do innych książek: ,,Eksperyment’’, ,,Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość’’ i ,,Sukces w 10 słowach’’ czekają na swoją kolej. Za to kolejne dwie pozycję – ,,Liga (nie) złych mam’’ oraz ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ – cieszą się swymi recenzjami na blogu (tu i tu).


Będąc jeszcze w tematyce ludzi i realizmu kupiłam ,,Humans of New York: Stories. Ludzie Nowego Jorku: Historie’’. Dla niektórych zakup głupi, bo przecież ładnych ludzi można oglądać w grafice, ale ja jakoś uznałam, że chcę taki album, a skoro akurat miałam pieniądze to zamówienie poszło i mówiąc szczerze, ani trochę nie żałuję. 



Podczas tych trzech miesięcy pojawiły się u mnie również komiksy. Najpierw była to pozycja o tytule ,,Cztery śledztwa. Komiks paragrafowy o Sherlocku’’ – z przykrością stwierdzam, że Sherlock ze mnie żaden, a i jako Watson ledwo dawałam radę . Później dostałam coś na co długo czekałam, czyli ,,V jak Vendetta’’. Wciągnęłam w jeden dzień i a) jest to coś idealnego do cyklicznego czytania (na pewno to jeszcze zrobię) oraz b) chcę więcej podobnych historii.



Dzięki współpracy dostałam również ,,Dziewczynę, która wróciła’’ (recenzja) oraz ,,Listy starego diabła do młodego’’, które będą czytane (mam nadzieję, że wkrótce). 


Na sam koniec dwa prezenty – jeden od rodziny, drugi od siebie dla siebie. Pierwsza rzecz to książka o tytule ,,Okruchy dnia’’. Jest ekranizacja (występuje w niej Anthony Hopkins), a sam autor dostał Nobla  tyle wiem o książce. Natomiast drugi przedmiot to film, bo Biedronka czasami lubi mi coś podsunąć. Film zwie się ,,Teoria wszystkiego’’ i jest średni. Pisałam o nim całkiem niedawno (tu), jednak jeśli uważacie, że dziennie nie powinno się dawać zbyt wiele wyświetleń jednemu człowiekowi to spoko, rozumiem, i w skrócie opowiem o tej pozycji tutaj. 

Przede wszystkim siłą tego filmu jest postać – gdyby to nie był Stephen Hawking (i gdybym nie wydała na to dychy) to może nawet nie wytrwałabym do końca, bo film jest zadziwiająco poprawny i nic poza tym. Muzyka jest bardzo ładna, aktorstwo również świetne (chociaż nie jestem pewna czy oscarowe), ale właściwie nie ma nic poza tym... Także możecie zobaczyć, ale możecie też sobie odpuścić i wygooglać kim jest główny bohater. 


To by było na tyle. Nie obkupiłam się naszywkami z jednorożcami (chociaż mnie korciło), nie kupiłam żadnego ładnego t-shirtu z ,,Supernatural’’ (bo nikt takowego nie stworzył), ani nie usiałam swoich regałów Funko-Popami (gdyż nie do końca wiem, czy mi się podobają). Tak więc mój segment zakupowy dobiega końca, ale jeżeli ktoś z was kupił super-fajną rzecz i chcę się tym pochwalić, by wszystkim nam było głupio to śmiało (chyba, że to jest dwudziesta wersja tej samej książki – wtedy nie mówcie tego głośno, a tym bardziej nie piszcie). 

Na koniec końców jeszcze krótka wiadomość. W tym roku, dokładniej 14 oraz 15 kwietnia w Katowicach odbyło się ciekawe (zwłaszcza dla książkoholików) wydarzenie, bowiem grupa młodych osób zorganizowała event mający na celu promocję literatury. Jeśli inicjatywa wam się podoba i chcielibyście wziąć udział w drugiej edycji (a może nawet ją współtworzyć) to koniecznie zajrzyjcie na stronę BooKat. Wszystkie potrzebne linki poniżej.

strona na fejsbuku - klik
strona internetowa - klik


20

wtorek, 1 maja 2018

Serialowe zapowiedzi / maj 2018

Premier niby jest mniej niż ostatnio, ale ku uciesze maturzystów mogę spokojnie stwierdzić, że i tak jest co oglądać. O to seriale, które będzie można zobaczyć w maju ↓

„Being Serena” 2 maja
Stacja: HBO Kraj: USA Ilość odcinków: 5 Długość odcinków: - Opis: Serial opowie historię świetnej tenisistki, której życie zmieniało się przez lata. Produkcja dotknie m.in. tematu ciąży i skomplikowanego porodu sportsmenki.
Zwiastun:

„Cobra Kai” 2 maja
Stacja: Youtube Red Kraj: USA Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: ok. 30 minut Opis: 34 lata po wydarzeniach z filmu „Karate Kid”, ścieżki Johnny'ego i Daniela po raz kolejny się krzyżują. Gdy Johnny zauważa, jak wielki sukces odniósł jego dawny rywal, postanawia ponownie otworzyć szkołę walki, której niegdyś był uczniem.
Zwiastun:
..The Rain 4 maja
Stacja: Netflix Kraj: USA, Dania Ilość odcinków: 8 Długość odcinków: ok. 45 minut Opis: 8-odcinkowy duński dramat post-apokaliptyczny od razu narzuca pewne skojarzenia do niemieckiego ,,Dark”. Po pierwsze, bo to kolejny, aczkolwiek nieliczny europejski serial Netflixa, po drugie z powodu klimatu post-apo, a po trzecie za sprawą fabuły, bowiem ta rozgrywać się ma dziesięć lat po tym,jak większość mieszkańców Skandynawii została wytrzebiona w wyniku katastrofy biologicznej. Bohaterami serialu jest rodzeństwo, które w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia przemierza kraj. Pomaga im w tym laptop ich ojca zawierający informacje o wirusach i zagrożeniach jakie niesie nowy świat. Na swej drodze napotykają kolejnych ludzi, którzy przyłączają się do nich , dzięki czemu rośnie szansa na ocalenie, ale niebezpieczeństwa jakie na nich czyhają nie przyjdą z zewnątrz, ale od wewnątrz.
Zwiastun:

„Busted! I Know Who You Are” 4 maja
Stacja: Netflix Kraj: Korea Południowa Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: - Opis: Nowy program Netflixa to show, w którym osoby związane z rynkiem rozrywkowym w Korei Południowej tworzą grupę detektywów i co odcinek rozwiązują zagadki kryminalne.
Zwiastun:

,,Sweetbitter” 6 maja Stacja: Starz
Kraj: USA Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Tess to studentka, która dopiero przeprowadziła się do Nowego Jorku. Zostając kelnerką w prestiżowej restauracji, nie podejrzewała, jak bardzo zmieni się przez to jej życie. Dzięki nowo poznanym współpracownikom wkracza w świat imprez, narkotyków i upijania się do nieprzytomności.
Zwiastun:
„Picnic at Hanging Rock” 6 maja
Stacja: Amazon Kraj: Australia Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Ekranizacja powieści Joan Lindsay o tym samym tytule, będzie rozgrywała się w 1900 roku w Australii. Podczas corocznego pikniku pod Wiszącą Skałą organizowanego z okazji dnia świętego Walentego, w zagadkowych okolicznościach znika dyrektor prywatnej szkoły dla dziewcząt wraz z trzema uczennicami. Co ciekawe, kilkadziesiąt lat wcześniej (w 1975 roku) powieść doczekała się ekranizacji filmowej.
Zwiastun:

,,Vida 6 maja
Stacja: Starz Kraj: USA Ilość odcinków: 6 Długość odcinków: - Opis: Historia śledzi dwie latynoskie siostry, które wracają po latach do swojego dawnego domu w Los Angeles i muszą stawić czoła niespodziewanym informacjom dotyczących ich matki.
Zwiastun:
,,Safe 10 maja
Stacja: Netflix Kraj: UK Ilość odcinków: 8 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Serial skupia się na ojcu samotnie wychowującym dwie córki; wszystko się zmienia po zaginięciu jednej z nich. Sekrety rodziny zaczynają wychodzić na jaw.
Zwiastun:
,,All Night11 maja
Stacja: hulu Kraj: USA Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: - Opis: Grupa nastolatków bierze udział w całonocnej, zamkniętej imprezie na terenie szkoły. Bez telefonów, za to z litrami alkoholu, będą dążyć do spełnienia swoich licealnych marzeń.
Zwiastun:
,,Patrick Melrose 12 maja
Stacja: Showtime (w Polsce od 14 maja HBO GO) Kraj: UK Ilość odcinków: 5 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Ekranizacja książek autorstwa Edwarda St. Aubyna, pokazuje różne momenty życia głównego bohatera, który przez trudne dzieciństwo spędza dnie na piciu oraz rozpamiętywaniu traumatycznych wydarzeń.
Zwiastun:

„Joe Pera Talks With You” 20 maja
Stacja: Adult Swim Kraj: USA Ilość odcinków: - Długość odcinków: - Opis: Komik Joe Pera zaczyna pracę w szkole jako nauczyciel. Na nowym stanowisku mężczyzna podejmuje pozornie banalne, aczkolwiek życiowe tematy.
Zwiastun:

,,Reverie30 maja Stacja: NBC
Kraj: USA Ilość odcinków: 10 Długość odcinków: ok. 60 minut Opis: Serial przedstawia historię Mary Kint – kobiety, która była kiedyś negocjatorem oraz ekspertem w dziedzinie zachowań ludzkich, a teraz została nauczycielką akademicką. Wszystko przez osobistą tragedię. Z czasem Mary zostaje przeniesiona do wysoce zaawansowanej wirtualnej rzeczywistości, aby ratować innych. Wówczas odkrywa, że dzięki temu znajduję własną drogę w życiu.
Zwiastun:
A Very English Scandal
Stacja: BBC
Kraj: UK Ilość odcinków: 3 Długość odcinków: -

Opis: Historia oparta jest na faktach skandalu, którego bohaterem został Jeremy Thorpe (przywódca Partii Liberalnej) w latach 60 ubiegłego wieku. W serialu mamy zobaczyć jak mężczyzna oskarżany jest o spisek, w wyniku którego rzekomo miał zginąć jego kochanek. Cały proces Thorpe'a zakończył jego karierę i odsłonił ciemne strony establishmentu.
Zwiastuna brak, więc zamiast tego kilka materiałów z pracy nad serialem: 

Oprócz powyższych premier w maju na ekrany powrócą również kolejne sezony takich seriali jak:

  • ,,Colony  2 maja sezon 3 (USA Network),
  • ,,Dear White People 4 maja – sezon 2 (Netflix),
  • ,,I’m Dying Up Here  6 maja sezon 2 (Showtime),
  • ,,13 Reasons Why 18 maja  sezon 2 (Netflix),
  • ,,Six 28 maja  sezon 2 (History),
  • ,,Animal Kingdom 29 maja  sezon 3 (TNT),
  • ,,Queen Sugar29 maja  sezon 3 (OWN),
  • ,,Unbreakable Kimmy Schmidt” 30 maja – sezon 4 (Netflix).
U mnie na liście pozycji obowiązkowych jest oczywiście ,,Patrick Melrose” (bo Cumberbatch) oraz ,,13 Reasons Why (bo lubię bohaterów i mam nadzieję, że pomimo tego, iż formuła wyraźnie się wyczerpała po pierwszym sezonie to jednak uda im się coś wykrzesać). A wy znaleźliście coś dla siebie? 
9

piątek, 13 kwietnia 2018

Co zmienia 100 tysięcy na liczniku, czyli trochę o moim blogowaniu.

W ciągu ostatnich kilku dni stuknęła mi okrągła liczba na blogu, bowiem licznik wejść pokazał 100 tysięcy. Chciałam po trosze podziękować wszystkim, którzy tu kiedykolwiek zaglądali, po trosze powspominać i przede wszystkim powiedzieć czy warto prowadzić bloga, czy są z tego jakiekolwiek  pieniądze bądź profity. 

Zaczynając od początku, bloga prowadzę od dwóch lat. Czy to długo? Dla niektórych na pewno, dla innych ani trochę – sama obserwuję tzw. dinozaurów blogosfery, którzy swoje strony prowadzą już od lat dziesięciu i ani myślą o ich usuwaniu. Pomijając jednak fakt, czy prowadzenie przez dwa lata swojego zakątka w sieci jest okresem długim, czy też nie, taki czas z całą pewnością nie może być zmarnowany, bo kto chciałby robić coś przez kilka lat bez żadnego celu? 

Ja swojego celu nie pamiętam, ale jestem prawie pewna, że moje procesy myślowe były w tamtym czasie mniej-więcej takiego pokroju: ,,Chciałabym o czymś pisać... O czym tym razem założę bloga? Koty? Psy? Zawody? O! Może czytanie?’’. 

I buum!

Pojawiła się Wielopasja. 


Dlaczego właśnie taka nazwa? Bo już wtedy wiedziałam, że prawdopodobnie szybko będę chciała zboczyć trochę z kursu i poruszać również mniej książkowe tematy. Co zresztą się sprawdziło, bo już po dwóch miesiącach po raz pierwszy napisałam coś o serialach, a po pięciu stworzyłam autorski tag serialowo-filmowy. Przyznam się, że z nazwy jestem dumna do dziś i chyba nie wymyśliłabym lepszej, a posty podlinkowuje, tak jak wszystkie inne, o których będę pisała, aczkolwiek wchodzicie na własną odpowiedzialność! 


Co do wpisów, ich jakości i progresu... Na przestrzeni czasu na pewno nauczyłam się pisać dłuższe recenzje i choć nadal mam momenty, w których siadam przed laptopem i nie mam pojęcia, co napisać o danej książce to jednak zaprzestałam już pisania segmentów opiniotwórczych, których długość wynosi mniej niż 200 słów (tyle właśnie napisałam o ,,Zanim się pojawiłeś’’ Jojo Moyes półtora roku temu). Nie recenzuję już wszystkiego, co przeczytam, a tylko to na co mam ochotę, przez co mam w sobie mniej spiny na zasadzie ,,Ale co ja napiszę o tej książce?’’. Co ciekawe i żenujące zarazem, nadal nie umiem w przecinki, a co rok przychodzi do mnie taka chandra na zasadzie ,,Dziewczyno, kto jeszcze czyta blogi?! Przecież to przestarzałe medium, które czytają tylko ci, co sami je tworzą. Przerzuć się lepiej na jutuba’’. Jak wiecie nigdy nie posłuchałam i nadal jestem w tym przestarzałym okienku, co to się samo nie czyta, ani nie porusza.

Co zmienia 100 tysięcy? Właściwie to nic oprócz tego, że taka okrągła liczba wygląda bardzo ładnie. Muszę jednak przyznać, że nie ma jakiejś magicznej nagrody za taki wynik – jednorożce nie śpiewają mi z tej okazji hymnów, wydawnictwa nie padają u moich stóp i nagle nie staję się poważnym blogiem. Wszystko jest po staremu tyle, że masz przez jakiś czas trochę większego kopa, tylko i aż tyle.

Czasami co prawda myślę czy podcast to nie byłaby lepsza sprawa, albo czy jutub nie pozwoliłby dotrzeć mi do większej ilości osób, ale suma summarum nic z tego myślenia nie wynika.

Obiecałam, że powiem trochę o korzyściach blogowania, no więc jakie one są?

Przede wszystkim ćwiczysz, a nie ma skuteczniejszego sposobu na naukę pisania jak samo pisanie. Pisząc bloga możesz zobaczyć jak ludzie odbierają twoje teksty (choć tym nie sugerowałabym się tak bardzo, bo często prawdziwe perełki są niestety niszą, ale i to się zmienia!), jak elastyczny jesteś w pisaniu – jak szybko jesteś w stanie napisać tekst, czy potrafisz przełamać jego formę (tutaj polecam zajrzeć przede wszystkim do Kasi i Uli, bo obydwie zrobiły coś woow, czyli napisały recenzję w formię wiersza) albo czy jesteś w stanie pisać posty niestandardowe, o trochę szerszym ujęciu, np. wpisy przekrojowe jakiegoś wątku, który zmieniał się latami itp. Moje zdanie potwierdzą blogi studentów polonistyki bądź dziennikarstwa, którzy czasami sami przyznają, że blogowanie jest dla nich świetnym ćwiczeniem na szlifowanie swoich umiejętności. Później zresztą możecie, poprzez swojego bloga, zacząć pisać dla kogoś, np. dla forów internetowych, co zawsze jest jakimś wstępem do poważniejszych zleceń. 

Często uczysz się podstaw marketingu – nie żeby była to jakaś wymagana cecha dobrego blogera. Po prostu siłą rzeczy, w końcu każdy zaczyna trochę grzebać w tym, dlaczego jedne posty są lepiej klikalne niż drugie albo z jakiego powodu wyszukiwarka Google nie pokazuje naszych postów, mimo iż odpowiadają wyszukiwanym hasłom. Nie gwarantuje, że blog nauczy cię wszystkiego, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego prowadzenia pozwoli ci na własnej skórze przetestować kilka zasad reklamy. 

Poza tym blog to szansa na przeżycie ciekawych doświadczeń. Prowadząc swoją stronę nierzadko kontaktujesz się z innymi blogerami i razem tworzycie projekty, z czasem pewnie ktoś cię dostrzeże i może nawet zaproponuje rolę prelegenta na jakiś targach lub czymś podobnym. Może zaczniesz też prowadzić inne formy przekazywania treści jak np. filmiki czy bardzo lubiane przeze mnie podcasty. Czy z bloga można się utrzymać? Wątpię, ale można za to budować swoją markę i dorabiać na reklamach (z tego co czytałam mówi tu o kwotach małych – 100/200 złoty miesięcznie). Blog to też – nie ukrywajmy – możliwość przedpremierowego czytania i otrzymywanie książek w zamian za recenzję, co – jak wszystko – ma dwa końce, ale chyba najlepsze jest to uczucie, kiedy wejdziesz na swój zakątek w sieci i powiesz ,,jestem tu od dwóch lat’’ albo ,,sto tysięcy razy jacyś ludzie postanowili przeczytać to, co napisałam’’. Także cieszę się, że tu jesteś. 


22

piątek, 6 kwietnia 2018

Co mogą powiedzieć nam kości zmarłych, czyli osobliwy przewodnik po anatomii ludzkiej – ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ Bill Bass i Jon Jefferson.

Nauki sądowe ostatnio zagościły jeśli nie w samej literaturze to w popkulturze i nie ma w tym nic dziwnego, bo z mojego punktu widzenia coraz więcej ludzi interesuję się tym, dlaczego ktoś zabija oraz jak takiego człowieka złapać. Podążając tym trendem wydawnictwo Znak Literanova przygotowało dla swoich czytelników, mogło by się wydawać, prawdziwą gratkę, bo poruszyło temat antropologii.  W założeniu książka ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ ma pomóc zrozumieć niewtajemniczonym, o co chodzi w antropologii, jak można ją praktycznie zastosować w śledztwach, ale także pokazać najciekawsze przypadki spraw kryminalnych, w których Bill Bass uzyskał odpowiedzi w sprawach zabójstw na podstawie końcówek cygar, spopielonego materiału kostnego, DNA bądź much i ich larw. Zapowiada się interesująco, ale czy tak jest naprawdę?


Jeśli z czymś wam się kojarzy nazwa ,,Trupia Farma’’ to istnieje kilka rozwiązań – po pierwsze, możliwe, że kojarzycie poprzednią książkę tych autorów, która nosiła właśnie taki tytuł i na szczęście jej znajomość nie jest potrzebna, aby czytać ,,Trupią Farmę. Nowe śledztwa’’, bowiem autorzy jedynie czasami odnoszą się do tamtego tytułu wskazując, iż pewien aspekt jest w tamtej pozycji szerzej ujęty, jednak co ważne wydarzenia z tamtej książki nie mają swojej bezpośredniej kontynuacji w tej. Nazwę ,,Trupia Farma’’ możecie również kojarzyć, dzięki innowacyjnemu projektowi Billa Bassa, gdyż wydzielił on specjalny teren i zacząć zakopywać tam martwe ciała, aby obserwować ich rozkład, o czym zresztą sam zręcznie opowiada na początku książki. Jeśli jednak żadna z tych odpowiedzi nie jest prawidłowa istnieje cień szansy, że nazwa świta wam dzięki serialom. Pomysł Billa znajduję swoje zastosowanie w ,,CSI: Las Vegas’’, ale także w serialu ,,The Body Farm’’ od BBC. 

Ujęcie pracy antropologów przez pryzmat popkultury to notabene krótki segment, który bardzo mi się spodobał – popkultura w książce nie jest demonizowana. Autorzy oddają sprawiedliwość twórcom wszelkiej maści kryminałów wyraźnie twierdząc, że z jednej strony produkcje policyjne uwrażliwiły społeczeństwo na to, iż miejsce zbrodni musi pozostać w nienaruszonym stanie, lecz z tej drugiej, ciemniejszej strony widać, iż wpływ popkultury może być także negatywny, co specjaliści nazywają zgrabnie ,,efektem CSI’’.  

To co rzuciło mi się w oczy już od pierwszej rozdziału to fakt, iż książkę trudno zakwalifikować ze względu na formę – z jednej strony pozycja przystaje na popularno-naukową, z drugiej styl pisania jest tak bardzo gawędziarski i pokręcony, że momentami chciałoby się powiedzieć, iż to pamiętnik, a nie kompendium wiedzy dla początkujących w dziedzinie nauki sądowej (czyt. zainteresowanych ową dziedziną). Nad stylem zresztą chciałabym się jeszcze na chwilę zatrzymać, bo mam do niego kilka obiekcji. Przed chwilą napisałam, że sposób w jaki napisana jest książka, jest nieco gawędziarski i to podtrzymuje – tyle, że to nie jest gawędziarstwo napełnione anegdotkami i żywym, kolokwialnym językiem... Powiedziałabym, iż to gawędziarstwo stereotypowego, zdystansowanego oraz stonowanego Anglika, czyli niby mówimy dużo i nie do końca na temat, jednocześnie czyniąc naszą wypowiedź poważną. To jest zresztą piętą Achillesową tej książki – dużo niepotrzebnych informacji, które często wcale nie wzbogacają książki, a jedynie sprawiają, że często zbaczamy z głównego tematu. Żeby nie być gołosłownym podam kilka przykładów (spokojnie, będzie bez spoilerowo). 

Na początku autor wybitnie często mówi o swoim życiu zawodowym, opisując sytuację prozaiczne albo przynajmniej takie, które choć są ciekawe, nadal niezbyt wiele mówią nam o antropologii. Bill Bass opowiada jak pojechał do Iranu, aby tam badać ciekawą sprawę trzech mężczyzn i misy; sytuacja wygląda tak, że odkopano szkielety trzech biegnących facetów (wskazywało na to ułożenie kości) oraz jednej, bogato zgubionej misy, przez co wszyscy byli ciekawi, jaką historię dzielą ci ludzie. Nasz naukowiec tam pojechał, lecz zanim dowiedziałam się czegokolwiek o tej sprawie musiałam przejść przez gąszcz pierdołek. Porównałabym to do robaka i róży – robak będący na ziemi i chcący dostać się do płatków kwiatu, musi przejść całą łodygę i w trakcie swej eskapady, omijać zwinnie kolce, aby dostać upragnioną nagrodę. Robakiem w tej metaforze jestem ja, książka jest różą, kolce niepotrzebnymi wtrąceniami autorów, a płatki kwiatów tym po co w ogóle wyruszyłam w tę trasę, czyli wiadomościami o antropologii. 

Kolce autorów są różnych rozmiarów i wagi, np. w przypadku podróży do Iranu główny protagonista poczęstował mnie informacją, iż przed lotem na właściwe miejsce odwiedził Stonehenge (żadnej refleksji nad kilkoma tysiącami lat historii, po prostu sucha informacja na zasadzie byłem – odwiedziłem), że w Iranie jest korupcja, a jezioro Urmia (będące dopływem czegoś) i leżące gdzieś, przypomina Wielkie Jezioro Słone w stania Utah oraz ma właściwości łagodzące reumatyzm i inne schorzenia. Bill powiedział mi także co króluje w tamtejszym (irańskim) rolnictwie oraz opisał życie Hasańczyków (Hasańczycy żyją w Iranie), którzy budują domy z cegieł suszonych na słońcu, używają zwierzęcego łajna do ogrzania się i choćby z samego względu na tę odmienność życia codziennego temat sam w sobie jest interesujący, jednak nikt nie spodziewał się takich elaboratów w powieści o – bądź co bądź – trupach. 


Bill Bass i Jon Jefferson cierpią – moim zdaniem – na coś, co roboczo można nazwać przypadkiem researchera, mianowicie obydwoje (albo tylko jeden z nich, a drugi nie miał siły protestować) znaleźli tak dużo informacji, że teraz chcą to wszystkim pokazać, bo żal im wycinać, choćby fragmentu na temat tego, kogo studentką była jakaś osoba, skąd ją znają lub koło jakiego miasta leży randomowe miasteczko w Ameryce. Choć wieści o tym, ile mieszkańców posiadają miasta, ich zarysy historyczne i opowieści, o tym jak znaleźli ropę, jak rozkochali się w whiskey bądź jak wiele japońskich samolotów zastrzelił McGuire nie przypadły mi do gustu to muszę też przyznać, że to nie jest tak, iż w książce nigdy nie ma ciekawych informacji, np. w pewnym rozdziale o wadzę owadów w nauce, znajduje się historia o tym jak już w bodajże XIII wieku użyto much, aby rozwiązać sprawę kryminalną. Może nawet nie chodzi o same wstawki, ale ich długość – w pewnym segmencie znajduje się np. opowieść pewnej kobiety, zajmującej się nakładaniem gliny na czaszki zmarłych. Brzmi to bardzo dziwnie, lecz Joanna ma tytuł naukowy z sztuki sądowej i zajmuje się rekonstruowaniem twarzy zmarłych. Autorzy zdecydowali się na napisanie kilku słów o przeszłości kobiety i właściwie nie ma w tym nic złego, bo historia jest ciekawa (choć właściwie także zbędna) – problem w tym, że jest za długa. Gdyby była bardziej skondensowana problemu by nie było i chyba właśnie te zdanie mogę odnieść do całej książki. Wtrącenia nie są złe, ale muszą być zastosowane wówczas  odpowiednie proporcję, a treść owych wstawek powinna być zredukowana.  

Z ważnych jeszcze rzeczy po przeczytaniu ,,Mindhuntera’’ (innej pozycji o naukach sądowych – psychiatrii) czuję się w obowiązku, aby donieść, czy ta bardziej pamiętnikowa konwencja nie wpływa na to, iż dostajemy zbyt dużo życia prywatnego naukowca. Odpowiedź brzmi nie. Autorzy właściwie nie poruszają tematu swojego domowego zacisza – jedynie dwa razy (liczyłam) Bill napomina w jednym zdaniu, że musiał zostać w domu, ponieważ jego żona miała nowotwór. Te dwurazowe ogłoszenie autora o chorobie żony uświadomiło mi również, że rozdziały wyglądają na pisane bez większego porządku – jeśli jest w nich chronologia to na tyle chaotyczna, że właściwie nie jestem pewna, czy ona tam występowała, czy też nie. 

Poza tym książka jest osobliwa jeśli chodzi o rozdziały – autorzy podzielili niektóre sprawy na dwa, a nawet trzy rozdziały, co nie jest głupie biorąc pod uwagę, że niektóre przypadki dzieją się na przełomie dekad, lecz umieścili je nie zawsze obok siebie, czyli przykładowo sprawa z rozdziału drugiego jest kontynuowana później w rozdziale trzynastym (sytuacja autentyczna). Wybijało mnie to trochę z rytmu i co ważniejsze, nic by się właściwie nie zmieniło, gdyby jeden rozdział był po drugim. 

Będąc jeszcze przy rozdziałach bardzo miło wspominam postscriptum, które autorzy stosowali, kiedy sprawa wymagała jakiegoś uaktualnienia. Był to po prostu króciutki fragment tekstu oddzielony kreską i napisem postscriptum – informacje były zwięzłe, rzeczowe i zaspokajały ciekawość szczególnie w momentach, kiedy oryginalna historia kończyła się niewiadomą, czyli czytelnik nie widział czy przestępca został aresztowany, czy też nie. W sprawie aresztowań mogę jeszcze dodać, iż przypadł mi do gustu realizm książki, gdyż ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’ nie tylko mówi o historiach łatwych i przyjemnych (o ile historię o zwłokach mogą takie być), ale także o sprawach skomplikowanych oraz takich, gdzie nauka zawiodła.


Z rzeczy sympatycznych i pomocnych muszę jeszcze wymienić aneks, który świetnie zaznajamia z anatomią ludzką, gdyż zawiera kilka ilustracji, przedstawiających kości ludzkie oraz słownik pojęć antropologicznych i sądowych. Nie uważam, żeby książka zawierała na tyle skomplikowaną terminologię, aby dodatkowe objaśnienia były niezbędne, lecz taki dodatek zawsze jest miły.


Na koniec jeszcze o kwestiach kosmetycznych. To co szybko wychwyciłam, a pewnie wiele osób nawet się nad tym nie zastanowi, to pewne uproszczenie na temat Niemców. W autorach panuje przekonanie, że wszyscy Niemcy są skrupulatni i skoro poznali jednego skrupulatnego Niemca osobiście, to na pewno cała nacja tak ma – głupota i duża generalizacja przy okazji, ale było to jedno krótkie zdanie, nigdy więcej nie powtarzane, więc można przymknąć oko (a najlepiej dwa). Raz też trochę gryzła mi się treść, bowiem autor najpierw piszę, iż z całą pewnością denatem jest mężczyzna rasy kaukazoidalnej (białej), po czy wychodzi na jaw, że zmarły był mężczyzną, lecz rasy negroidalnej (czarnej). I jak pisałam wcześniej to, że ktoś się pomylił całkowicie mi nie przeszkadza – właściwie to się cieszę, że takie przykłady są umieszczone w książce. Mój problem był w tym, że ten fragment wyszedł jakoś dziwnie; brakowało mi jednego zdania na zasadzie ,,pomyliłem się, mężczyzna był czarny’’, bowiem ten segment wyszedł trochę tak jakby ktoś nagle zboczył z ścieżki i zapomniał czegoś dopisać. Nie insynuuje specjalnego działania któregokolwiek z autów, bo wcześniej żaden z panów nie miał problemu z powiedzeniem ,,heej, Bill się pomylił’’ – po prostu ten fragment wyszedł mętnie. I tyle.

Resumując, nie będzie to moja ulubiona pozycja – zapewne za kilka miesięcy będę ją pamiętać jak przez mgłę. Nie dlatego, że była zła, tylko z powodu nijakości. Temat choć ciekawy został położony przez zbyt dużą rozwiązłość autorów i chaos. Może gdyby forma została zmieniona z pamiętnikowej na bardziej zwięzłą i popularno-naukową wyszłoby inaczej. Niemniej jednak oceniając stan obecny jestem troszeczkę zawiedziona i jednocześnie nie wiem, komu polecić tę książkę – dla początkujących może być za bardzo off-topowa (nie na temat), dla zaznajomionych z antropologią zbyt oczywista. Zostawię was, więc z wszystkimi zaletami i wadami tej książki, abyście sami mogli podjąć decyzję. 

Wskazówki wydedukowane z myślą o łowcach potworów. 
Tytuł: ,,Trupia Farma. Nowe śledztwa’’
Tytuł oryginalny: „Beyond the Body Farm. A Legendary Bone Detective Explores Murders, Mysteries, and the Revolution in Forensic Science”
Autorzy: Bill Bass i Jon Jefferson
Wydawnictwo: Znak Literanova 
Tłumacz: Janusz Ochab
Liczba stron: 304 strony

Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem Znak Literanova, jednak wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.

14
Template by Elmo