poniedziałek, 6 lutego 2017

Mityczny bóg w amerykańskim liceum / ,,Making faces'' Amy Harmon

Czekałam na tę książkę jak mała dziewczynka od momentu, kiedy tylko ujrzałam ją w zapowiedziach styczniowych co było paradoksem zważając na fakt, że kilka dni wcześniej uznałam, iż wszelkie romanse zaczynają wypadać z moich łask i stają się zbyt sztampowe, a charaktery głównych bohaterów są za bardzo podobne do siebie, jednocześnie będąc bezpłciowymi oraz mało interesującymi przy bliższym poznaniu. Na Making faces zdecydowałam się z powodu opisu; wskazywał on bowiem na historię świeżą, nie przesądzoną starymi, zakorzenionymi już schematami, ale czy da się zrezygnować z czegoś co na dobre przyjęło się wśród czytelników i sprzedaje się, jakby było nowo odkrytą tendencją czy niewykorzystanym jeszcze tematem?



Początek tej książki wręcz mnie zabolał. Nie był źle napisany, ale z wygórowanych oczekiwań o niekonwencjonalnej fabule, nie spodziewałam się dostać brzydką dziewczynę oraz chłopaka idealnego pod każdym względem; jest wysoki przez co góruje nad innymi o dobre dwadzieścia centymetrów, silny, postawny, kilkukrotny mistrz w zapasach, całkiem nieźle radzi sobie z futbolem, piecze bułki i inne ciasteczka w piekarni ojca, ma cudowny głos i uwaga - cytuje dziewczynie Szekspira!  Ambrose Young był tak wyidealizowany, że zaczęłam się zastanawiać czy na pewno się nie zawiodę. W końcu historia sama w sobie była dobra, ale ja nie chciałam jedynie poprawnej opowieści, a coś ponad to. Coś gdzie w końcu facet nie będzie jednym wielkim marzeniem, które w realnym świecie nigdy się miałoby się okazji ziścić.
Bycie niepokonanym wiąże się z dużą presją.
Rudowłosa Fern myśli o chłopaku jak o nieskazitelnym superbohaterze, kiedy więc jej o wiele ładniejsza koleżanka Rita postanawia poderwać zapaśnika wysyłając mu liścik nie tylko czuje ukłucie zazdrości, ale w końcu też daje się wciągnąć w rolę swatki, która układa literki w odpowiednie słowa, a te formują się w zgrabne zdania. W ten sposób pomaga przyjaciółce przyciągnąć uwagę przystojniaka. Małe zwijki papieru wędrują z szafki do szafki zamieniając się w intymne wymiany poglądów między Fern a Ambrose'm. Wszystko wygląda jak w barwnym sitcomie, póki Young nie dowiaduje się prawdy - wówczas czuje się oszukany i natychmiast zrywa kontakt z obydwoma dziewczynami. Po kilku miesiącach wraz z czterema przyjaciółmi zaciąga się do wojska. Wiele się zmienia, gdy wraca do rodzinnego miasta nie z najbliższymi kumplami, a sam i to z pokiereszowaną twarzą, wyrzutami sumienia, brakiem pewności siebie jaką dotąd miał oraz faktem, że to za jego namową ta czwórka przyjaciół wyjechała do Iraku.

To co już od początku było finezyjnie wykonane przez Amy Haromon to nie historia, która zaskakuje  (bo jak mówiłam ta mnie wręcz napawała grozą), ale płynność z jaką przechodzi z teraźniejszości do retrospekcji uzupełniających fabułę na wielu płaszczyznach. Bohaterowie stają się bardziej dopracowani, natomiast wydarzenia nabierają więcej sensu... Równocześnie wzdychania Fern stają się nie tak irytujące jakby mogły, gdy wszystko okraszone jest tak ładnym językiem Amy, który mnie wręcz uwiódł - choć nie wiem czy to odpowiedni dobór słów. Będąc już przy pochwałach, ta należy się też samej tłumaczącej Making faces, Joannie Sugiero. Podczas czytania wielokrotnie myślałam nad tym jak dobry mógłby to być materiał filmowy - wystarczyłoby kilka drobnych poprawek i powstałby hit romantyczny na miarę I wciąż ją kocham (pewnie nawet lepszy, bo przy wspomnianej ekranizacji nie wytrzymałam zbyt długo)

Może Ambrose na początku był wyidealizowany, a Fern rozgoryczona, lecz prawdziwym, mocnym charakterem od pierwszych linijek był tu syn trenera zapasów - BaileyChłopak jeździł na wózku, lekarze mówili mu, że nie dożyje dwudziestu jeden lat, a on był tak bardzo pozytywny... I nie mówię tu o pretensjonalnej radości wyciekającej uszami. Baileya zarysowano tak autentycznie, że jego zachowanie wydawało się być wyjęte z codziennego obrazka, a przynajmniej chciałabym, by tym odznaczali się ludzie pozornie uznani na straty. Żadnego biadolenia, miodu, listy rzeczy do zrobienia, gdzie każdy podpunkt uwzględnia alkohol, seks lub dragi tylko bezpośredniość, szczerość i prawdziwe przemyślenia warte uwagi Szekspira. 
Myślę, że czasami piękna twarz też jest taką fałszywą reklamą.
Wrócę jednak jeszcze na chwilę do historii, która na początku tak bardzo mnie ukuła swoją powszechnością. Treść podzieliłabym na trzy etapy przed wojskiem / w wojsku i najbliższe miesiące po nim wszystko co później. Sekcja przed jak mówiłam była zwyczajna i na szczęście również najkrótsza. Usiana ładnymi retrospekcjami, dużą ilością fali miłości Fern do Ambros'ea, lecz nadal nic specjalnego. Człon w wojsku i najbliższe miesiące po nim... Tutaj się na chwilę zatrzymam. Jest taki moment, kiedy wybucha bomba i choć wiedziałam, że to się wydarzy to sam moment napięcia przyprawił mnie o gęsią skórkę. Nie wiem jak Harmon tego dokonała, ale namacalnie czułam niepokój towarzyszący bohaterom. Natomiast krótki czas po tragedii oraz trauma akompaniująca takim przeżyciom została opisana w krótkich zdaniach, zachowaniu bohatera, ale zwięźle i krótko. To jednak wystarczyło, bym wiedziała co się dzieję z byłym żołnierzem. Ostatni człon jest istną mieszanką... wszystkiego. Nieco romantycznego, czułego związku niemal nieróżniącego się z innych powieści, ale wtórują mu ciężkie przeżycia, wspominania i ten język, o którym piszę już po raz któryś z kolei. Wybaczcie.

Złapałam się na fakcie, że w pewnej scenie akcja wydawała mi się przeskalowana, jak gdyby pochodziła z filmów inspirowanych latami 70-tymi; tam są takie fascynujące sceny walk mające tyle wspólnego z realizmem co ja  z Joanną Krupą. Za to w innym momencie było za słodko i za zwyczajnie, co wcale nie odejmuje uroku całej lekturze, bo choć nie jest wyważona idealnie niczym film nominowany do Oscara (swoją drogą i ich poziom podobno spada) to jednak ma sentencje oraz coś co lubię szczególnie - budowę, gdzie mało istotne szczególiki w późniejszym etapie rozwoju fabuły składają się na konkretną całość i tworzą pełen obraz charakteru, relacji itp.

Ostatni, malutki atut na koniec to nawiązania do mitologii oraz wiary. Nie wszyscy docenią smaczek, ale mi bardzo się podoba taki zabieg; tym bardziej, że książka zaczyna się od pewnej informacji o Herkulesie i również nią kończy co ładnie spaja całość. W aspekcie wiary natomiast mam przeczucie, że autorka często z niej korzysta (patrz na tytuł jej innych książek; Pieśń Dawida, Prawo Mojżesza). 
Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia.
I choć nadal nie rozumiem mody zapoczątkowanej przez publikatorów książek Colleen Hoover na pozostawianie tytułów w ich pierwotnej, angielskiej wersji to jednak posunę się do dwóch odważnych stwierdzeń na temat samej książki oraz jej autorki. Harmon ma zadatek na bycie drugą Hoover, a historia Fern oraz Ambrose'a może nawet pod koniec roku zostanie ogłoszona jedną z tych, które najbardziej polubiłam, jeśli nie ogólnie to przynajmniej w rubryczce romanse ze względu na swoją oryginalność, która pojawiła się... z czasem. 

Podstawowe informacje:
Tytuł: Making faces
Tytuł oryginalny: Making Faces
Autor:  Amy Harmon
Liczba stron: 344
Data polskiego wydania:  05.01.2017
Wydawnictwo: Editiored
TłumaczenieJoanna Sugiero
Ocena: 9/10

 Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem Editio, lecz wszystkie wyrażone w nim opinie są moimi własnymi.

28 komentarzy :

  1. piszeczytamgotuje.blogspot.com6 lutego 2017 13:53

    Ciekawa pozycja. Czytałam kilka recenzji. Na razie odstawiłam takie historyjki na bok, ale może gdy znajdę ją w bibliotece to ją wypożyczę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie ta książka absolutnie w sobie rozkochała. Przepiękna!

    OdpowiedzUsuń
  3. To pieczenie bułeczek mnie totalnie do niego przekonało - mój ideał! :D
    A książka faktycznie na pierwszy rzut oka przekonująca! :)

    http://limobooks.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie coś tak czułam, że skądś kojarzę tę autorkę, więc kiedy wspomniałaś o Pieśni Dawida to mnie olśniło:)
    Co do samej książki - na samym początku miałam nieprzyjemne wrażenie, że to odgrzewane kotlety i faktycznie wyczułam lekką nutkę I wciąż ją kocham, jednak po tym, jak skończyłam czytać twoją recenzję doszlam do wniosku, że może to być dobry kawał literatury. Bardzo chciałabym ją przeczytać, choć aktualnie moim priorytetem jest "Dwór mgieł i furii"... może kiedyś!
    Pozdrawiam i zapraszam na konkurs! http://bookwormss-world.blogspot.com/2017/02/konkurs-do-wygrania-cien-wiatru.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Raczej odpuszczę sobie tą pozycje ;)
    Sami bohaterowie mi nie podchodzą, bo rozumiem, że jedna z postaci może być troszkę gorsza od drugiej, ale tutaj jest to jak dla mnie przesadzone. Ten Bailey mnie tylko zainteresował.
    No i to nie są zbytnio moje klimaty ;)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Książki z tego gatunku to zupełnie nie moja broszka, ale po przeczytaniu tekstu mam szczerą ochotę dać akurat tej jednej książce szanse :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja się trochę zawiodłam właśnie początkiem i przez niego byłam negatywnie zastawiona do całości.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem dlaczego, ale do mnie kompletnie nie trafiają książki tej autorki. Może styl nie jest beznadziejny, nawet całkiem dobry, ale potem, kiedy to wszystko składa się w całość, po prostu nie podobają mi się. Czytałam jej "Prawo Mojżesza" i kompletnie mi się nie spodobała.
    Buziaki!
    coffeethebook.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Skryta Książka7 lutego 2017 11:44

    Czekam z niecierpliwością na mój egzemplarz tej książki, ponieważ bardzo lubię twórczość tej autorki po "Prawie Mojżesza" i "Pieśni Dawida" ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kasia T-J/Wielbicielka książek7 lutego 2017 12:52

    Przepiękna powieść, zresztą jak wszystkie Amy Harmon, która pisze emocjami...

    OdpowiedzUsuń
  11. O ile young adult w wydaniu romansowo-obyczajowym kompletnie mnie nie kręci (i tak, ja też nie rozumiem tego całego nietłumaczenia tytułów), o tyle książki Amy Harmon mnie w jakiś magiczny sposób przyciągają. No cóż, może kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
  12. Sunny Snowflake7 lutego 2017 16:22

    Książka wydaje się dość ciekawa, a po książki Harmon jeszcze nie sięgałam, więc ta może być pierwsza. Zobaczymy, może kiedyś po nią sięgnę. :)

    Pozdrawiam!

    http://sunny-snowflake.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie czytałam jeszcze żadnej książki tej autorki, ale muszę to kiedyś nadrobić! :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Haha, ja tam preferuje słodkie ciasteczka :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja do Mojżesza i Dawida byłam nieco negatywnie nastawiona, ale z tą książką opis mnie kupił, bo obiecywał coś nowego. Choć nie ukrywam po lekturze mam ochotę sięgnąć również po tamte powieści.

    OdpowiedzUsuń
  16. ,,Dwór mgieł i furii" kompletnie do mnie nie przemawia, ale ja tak mam z tym gatunkiem - bardzo ostrożnie dobieram propozycje fantastyczne :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Przez te nietłumaczenie zawsze miałam problem z książką Hoover i choć był to tytuł banalny, to jednak musiałam pięć razy ugryźć się w język, by go wypowiedzieć (na szczęście od tego czasu się wyszkoliłam) :D A Harmon polecam w tej książce, za inne nie ręczę!

    OdpowiedzUsuń
  18. Ona jest ciekawa - naprawdę :) Polecam!

    OdpowiedzUsuń
  19. Po pierwszym zdaniu opisu pomyślałam "o nieee", to zdecydowania nie moja bajak, ale im dalej w Twoją recenzję weszłam tym bardziej czuję się tą pozycją zainteresowana i chyba jednak sięgnę😊

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja i moja wymowa w języku angielskim niezbyt się przyjaźnimy. XD Dlatego zamiast "hołpless" jest po prostu "hopeles". XD Łatwiej jest przynajmniej z "Mejbi Somdej". :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Ostatnio spodobało mi się Prawo Mojżesza, a teraz ty mnie zaciekawiłaś Making faces, wiec chyba pójdę za ciosem...
    Zostaję na dłużej i obserwuję ;)

    Pozdrawiam
    toreador-nottoread.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  22. Uwielbiam książki Harmon, a "Making Faces" mnie rozwaliło. Też podobało mi się czerpanie z mitologii greckiej i liczne nawiązania do religii - pięknie to scaliło całą historię. Czekam na inne książki autorki :D
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  23. Wszystko potrafię znieść tylko nie kopię okładki, strasznie uderza mnie podobieństwo do książki 'Układ". Jakoś mnie nie "pociąga" ta książka.
    Buziaki :*
    ksiazkowe-recenzje-natalki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  24. Właściwie te zdjęcia mają chyba trzy okładki (jak nie więcej) - w tym właśnie ,,Układ'' i ,,Makin faces''. Szkoda, bo treść naprawdę dobra.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja uwielbiam smaczki w takiej postaci, czyli wszelkie nawiązania. Niestety, nie znajduje wielu takich pozycji :\

    OdpowiedzUsuń
  26. Dla mnie ta książka to mistrzostwo świata!

    OdpowiedzUsuń
  27. Mnie to prześladuje to zdjęcie

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon .