Dokumento-pamiętnik, czyli jedną nogą w Londynie! / ,,Herbatka o piątej'' Billy Bilson

Ostatnio przywykłam mówić, że nie czytam jednego gatunku. O ile jeszcze rok temu zamykałam się na romanse i młodzieżówki tak teraz w mojej biblioteczce jest istny misz-masz, ale muszę się przyznać, że reportaży jeszcze nigdy nie czytałam - do teraz!

Książkę można kupić m.in na Woblink.

Buszując po Woblinku i szukając pozycji do recenzji, weszłam z ciekawości na dział dokumentów. Okładka z kozą jakoś od razu mnie przyciągnęła (może takie zboczenie, bo mam podobne nazwisko), więc z zaciekawieniem zaczęłam czytać pierwsze strony i wiecie co? Co jakiś czas śmiałam się w głos. Bill  Bryson ma niezwykle lekkie pióro, a jego anegdotki czyta się z prawdziwą przyjemnością nawet, jeśli są tak osobliwe jak ta z pierwszych stron, gdzie autor opowiada historie o tym jak dostał szlabanem w głowę. 

Pierwsze kilkanaście stron obiera zabawny ton, wówczas Bill (rodowity Amerykanin) zwraca uwagi na absurdy Anglii, np. test, który trzeba zdać by dostać obywatelstwo, co samo w sobie nie jest niczym absurdalnym, lecz gdy dodamy do tego, iż biedny chłopak musiał kupić dwa podręczniki, by ten egzamin zdać i do tego wkuć informacje nieprawdziwe to robi się całkiem żartobliwie. Po tych pierwszych rozdziałach odczuwałam jakby sam stosunek pisarza się zmienił. Było mniej zręcznego pisania oraz zabawnych historyjek, które delikatnie pokazywały niedoskonałości. Ton stał się bardzie protekcjonalny, ale nie zraźcie się! Styl nadal pozostał, a autor na pewno nie jest potwierdzeniem tezy o tym, że Amerykanie zawsze będą uważali się za lepszych od Anglików i odwrotnie. Nie wiem jakim sposobem te przekonanie wykiełkowało, jednak gdzieś je zasłyszałam, dlatego też podaje dalej i wyjaśniam.  Wracając do ,,Herbatki o piątej'', wiadomo, że sam styl nie odwali całej roboty. Na szczęście pod względem merytorycznym też jest nieźle, autor nakreśla wiele najróżniejszych wydarzeń, postaci czy miejsc, o których wiele osób pewnie nie słyszało. Bryson wyjaśnił skąd wzięła się nazwa Mount Everest (przyznam, że wyjaśnienie zagadki może być nieco... rozczarowujące), wiele pisał o kilku wynalazcach Brytyjskich, którzy często ginęli w biedzie i ubóstwie, a świat później ledwie o nich słyszał. Oprócz tego pojawiło się kilka smaczków dotyczących pisarzy, m.in. miejsce spoczynku Conan Doyle'a, który będąc zagorzałym spirytualistą ostatecznie pochowany jest wraz z żoną na cmentarzu katolickim, ale także pojawiły się wzmianki o Jane Austen, Mary Shalley czy Alice Liddell.



Bryson cenie też porównuje Anglię sprzed lat dwudziestu oraz tą aktualną, co daje przekrój zmian zachodzących w tym kraju. Oprócz uwag bezpośrednio w stronę wyspy, Amerykanin kilkakrotnie posilił się również na celne uwagi społeczeństwa i to nie tyko angielskiego -  ocenia on, choć trafniejszym określeniem byłoby chyba zwraca uwagę na cały ogół społeczeństwa, wytykając coś tak prozaicznego jak choćby szmatławe brukowce z gwiazdami znanymi z tego, że są znane. Jest to o tyle przyjemne w odbiorze, iż Billy nie przybiera filozoficznego tonu, nie piszę ,,za moich czasów ludzie byli lepsi'', tylko wskazuję na absurdy, komentując je jak prosty, zwyczajny człowiek.

To co na pewno muszę poruszyć to konwencja utworu. Nie jest to na pewno reportaż z krwi i kości o jakim myślisz, gdy ktoś rzuci hasło ,,reportaż''. Za to nazywanie go pamiętnikiem byłoby chyba krzywdzące, w końcu nie każdy piszę w swoich notatkach o królewskiej legendzie według, której ostatnimi słowami króla było przeklniecie miasteczka, prawda? Taka forma z jednej strony może być dobrym wstępem do literatury faktu dla takich laików jak ja, ale z drugiej nada się też dla prawdziwych znawców Wielkiej Brytanii, którzy przeczytali już tak wiele treści, że każda kolejna informacja o Londynie lub płonącym pałacu wzbudza w nich torsje. Ta książka na pewno nie będzie kalką żadnej innej. Bill to facet z charakterkiem, który podróżuje po Brytanii i spisuje swoje wrażenia. Choć piszę o miejscach nie widniejących na mapach, to jednak jednocześnie przemyca dużo informacji bardzo ciekawych, aczkolwiek wszystko zależy od waszych potrzeb oraz zainteresowań, bo mimo ciętego języka ta pozycja z czasem nieco męczy; za dużo w niej niuansów, o których przeciętny odbiorca nie wie i niekoniecznie chcę wiedzieć. Dlatego jeśli nie jesteś naprawdę ogromnym fanem Wielkie j Brytanii lubiącym dokumenty, Billy Bilson może doprowadzić cię do znużenia. 


Recenzja powstała przy współpracy z Woblink, lecz wszystkie wyrażone w niej opinie są moimi własnymi.

Komentarze

  1. Ja bym powiedziała, że taką utartą frazą nie jest to, że Amerykanie uważają się za lepszych od Anglików, ale przede wszystkim jest właśnie na odwrót, bo to Anglicy mają dużo pretensji do Amerykanów ze względów historycznych. Może to działa w obie strony, ale chyba Amerykanie nie chowają aż w takim stopniu uraz. Taki test na obywatelstwo na pewno będzie się wydawał dziwny dla Amerykanina, bo oni muszą zdać tylko 100 pytań, ale skoro Anglik musi się uczyć rzeczy nieprawdziwych... to rzeczywiście współczuję :D Ja reportaży za często nie czytam, ale jak już będę chciała po coś sięgnąć, to może zdecyduję się na ten tytuł. Mnie ciekawi wszystko, co związane z angielskim :)
    Pozdrawiam, Zaksiążkowana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro naprawdę lubujesz się w tych angielskich ciekawostkach to ta książka może być swego rodzaju skarbnicą. Mnie mimo wszystko nieco zmęczyła.

      Usuń
  2. Uwielbiam takie reportaże. Mam już za sobą taki o duńskim życiu, teraz przerabiam Rosję:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duńskie życie kompletnie mi nic nie mówi i jestem chyba małym ignorantem, bo też jakoś mnie nie ciekawi, ale Rosja to taki zagadkowy kraj, że z chęcią bym zerknęła. Co dokładnie czytasz :D ?

      Usuń
  3. Nie zachęciła mnie ta książka, nie przeczytam jej.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To może być dość ciekawa lektura. Lubię czytać o innych krajach, poznwać chociaż w takim sposób ich kulturę.

    OdpowiedzUsuń
  5. To zdecydowanie nie jest pozycja dla mnie. Wielka Brytania jest mi kompletnie obojętna. Nie utożsamiam się z tamtejszą kultura i sztuką i ani trochę mnie to nie fascynuje. :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie jest to raczej wybiórcza fascynacja. Na pewno uwielbiam ich seriale (zawsze mają ten pazur klimat w sobie) oraz wiek XVIII/XIX, czyli taka Anglia wiktoriańska.

      Usuń
    2. Fakt, Anglia wiktoriańska bywa ciekawa - sama lubię ten motyw ("Kuroshitsuji", "Diabelskie Maszyny"), ale nie nazwałabym tego fascynacją całym narodem. Podobnie jak to, że lubię mangę i anime nie oznacza, że fascynuję się Japonią. :)

      Usuń
  6. Raczej książka nie w moim stylu. Jeśli już czytam reportaże, sięgam po coś naprawdę ciężkiego, po czym będę miała kaca moralnego i przy okazji świadomość okrucieństwa na ziemi. No, może trochę jestem masochistką. Tutaj niestety raczej tego nie znajdę.
    Btw. Wydaje mi się, że kiedyś inaczej się tu dodawało komentarze, prawda? Jak nazłość wyleciało mi z głowy jak się to nazywa, ale był inny program(?) do komentarzy XD Dlaczego to zmieniłaś? Pytam, bo sama się nad tamtym zastanawiałam i jestem ciekawa :)
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kiedyś miałam Disqusa. Przez długi czas bardzo polecałam tę taktykę komentarzy do czasu, gdy program nie zaczął mi bezczelnie zżerać komentarzy niektórych użytkowników i to dość często, a na dodatek tych, które były ze względu na swoją obszerność bardzo wartościowe. Dlatego przerzuciłam się na tradycyjne Google +.

      Usuń
  7. Chyba z zabawnych i lekkich książek podróżniczych wolę np. Cejrowskiego. Masz rację, ta książka to nie jest w sumie reportaż. Ciekawa pozycja, ale nie dla mnie tym razem ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mieszkam w Irlandii, rownież państwie absurdów wiec myśle ze skuszę sie na ten niereportazowy reportaż ;)

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie

    Czytankanadobranoc.blogspot.ie

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam takie książki, może i po tą sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz